ESA odpaliła lont. Gracze szybko przypomnieli przykład Minecrafta
Dyskusja wokół Stop Killing Games miała dotyczyć przede wszystkim tego, czy wydawcy powinni zostawiać graczom jakąkolwiek drogę do dalszej zabawy po zamknięciu oficjalnych serwerów. Szybko jednak zrobiło się znacznie ostrzej, bo podczas kalifornijskich prac nad AB 1921, znanym jako Protect Our Games Act, przedstawicielka Entertainment Software Association określiła prywatne i społecznościowe serwery jako problem prawny, a według relacji branżowych padło nawet porównanie do piractwa.
To szczególnie mocno uderzyło w graczy Minecrafta. Trudno bowiem udawać, że społecznościowe serwery są jakimś dziwnym marginesem, skoro sama oficjalna strona Minecrafta pozwala pobrać serwer Java Edition i tłumaczy, jak uruchomić własną rozgrywkę multiplayer. Oczywiście nie oznacza to pełnej dowolności, bo nadal obowiązuje EULA i zasady Microsoftu, ale wrzucanie całej idei prywatnych serwerów do jednego worka z piractwem brzmi dla wielu graczy jak gruba przesada.
To ważne także w kontekście większego problemu, o którym pisaliśmy przy okazji pozwu wobec Ubisoftu po zamknięciu serwerów The Crew. Jeżeli gra po latach przestaje działać, a wydawca nie daje żadnej alternatywy, gracz zostaje z pytaniem, czy kupił produkt, czy tylko czasowy dostęp?
Notch reaguje. „Nie chciałem, by moje dzieło było wykorzystywane przeciwko ludziom”
Na sprawę odpowiedział Markus „Notch” Persson, czyli oryginalny twórca Minecrafta. Persson od lat nie jest już związany ani z Mojangiem, ani z Microsoftem, ale jego komentarz i tak wybrzmiał mocno. Stwierdził, że ESA zachowuje się „incredibly scummy”, a wykorzystywanie jego pracy przeciwko ludziom nazwał czymś „borderline evil”.
Dla Stop Killing Games to prezent, którego trudno nie wykorzystać. Cała inicjatywa opiera się na prostym argumencie, jeśli wydawca sprzedaje grę, powinien przynajmniej uczciwie poinformować, co stanie się z nią po wyłączeniu kluczowych usług. AB 1921 zakładało między innymi 60-dniowe ostrzeżenie przed zakończeniem usług niezbędnych do normalnego działania gry oraz obowiązek zapewnienia alternatywy, aktualizacji, patcha albo zwrotu środków w określonych przypadkach.
Branża patrzy na to inaczej. ESA po krytyce doprecyzowała swoje stanowisko, wskazując, że prywatne serwery bez autoryzacji mogą naruszać prawa własności intelektualnej, a brak nadzoru wydawcy może rodzić problemy z bezpieczeństwem graczy. To argument, którego nie da się całkowicie zignorować. Tyle że, czym innym jest nielegalny serwer zarabiający na cudzej marce, a czym innym narzędzie lub rozwiązanie pozwalające utrzymać kupioną grę przy życiu.
Stop Killing Games nie wygrało, ale presja rośnie
Kalifornijski projekt nie przeszedł przez komisję w pierwszym podejściu, choć otrzymał możliwość ponownego rozpatrzenia. To nie jest więc wielkie zwycięstwo Stop Killing Games, ale też nie jest koniec sprawy. Wręcz przeciwnie, po tej burzy temat trafił do znacznie szerszej publiczności niż wcześniej.
W tle dzieje się jeszcze jedna rzecz, rynek coraz mocniej przesuwa się w stronę cyfrowej dystrybucji, subskrypcji i usług. Gracze widzą, że pudełka, płyty i instalatory offline znikają z centrum branży, a kontrola nad dostępem do gier coraz częściej zostaje po stronie platform i wydawców.
Dlaczego to może być przełomowy moment?
Największą siłą tej afery nie jest sama wypowiedź ESA, ale reakcja społeczności. Gracze dostali bardzo prosty i czytelny przykład, Minecraft, jedna z najbardziej społecznościowych gier w historii, nagle pojawia się w dyskusji o prywatnych serwerach, piractwie i prawach wydawców. To działa na wyobraźnię bardziej niż suche przepisy.
Stop Killing Games nadal nie ma na koncie rozstrzygającego zwycięstwa, ale branża wyraźnie przestała ignorować temat. Jeśli kolejne państwa i organizacje konsumenckie zaczną traktować „zabijanie” kupionych gier jako realny problem prawny, wydawcy mogą zostać zmuszeni przynajmniej do większej przejrzystości.
Komentarze
Jeszcze nie ma komentarzy.